środa, 6 listopada 2013

Pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy...

Tak się jakoś dziwnie składa, że na jakie zakupy bym się nie udała, zawsze wracam z butami. Mogę pojechać po kurtkę, po kieliszki do wina, po książkę... bez butów nie wracam. Ostatnio jednak trochę przystopowałam w tym temacie, bo jeszcze chwila i groziłyby nam poważne problemy lokalowe. I tak moje buty zajmują już sporych rozmiarów szafę w korytarzu.
Na ten sezon jednak wymarzyłam sobie beżowe, zamszowe kozaki jako absolutny "must have". Chociaż nie lubię sezonu jesienno-zimowego, bo jestem strasznym zmarźluchem, to jednak jest jedna rzecz, którą lubię o tej porze roku. To właśnie kozaki. Mimo usilnych starań, moje łydki od zawsze dalekie są ideału, a w kozakach mogę je doskonale ukryć.
Szukanie takich, jak sobie wymarzyłam zajęło mi trochę czasu. Każda oglądana para miała bowiem coś, co oddalała ją od ideału. W końcu zdecydowałam i wybrałam buty w CCC.

 

Chodziłam wokół nich przez dwa tygodnie, aż w końcu kiedy zdecydowałam się na zakup, okazało się, że mojego rozmiaru nie ma. Jest rozmiar mniejszy. W moim rozmiarze są - owszem - ale kolory dalekie od tych wymarzonych. W ostatniej chwili stwierdziłam, że jednak przymierzę te mniejsze i...  okazało się, że są w sam raz dla mnie. Nie uciskają, nie odstają - idealne.
Czyżby producenci obuwia, podobnie jak odzieży zaczęli zaniżać rozmiarówkę, żebyśmy czuły się drobne, zgrabne i atrakcyjne? Teraz już na wszelki wypadek będę zawsze mierzyła mniejsze buty.
W ten sposób stałam się posiadaczką idealnych, wymarzonych kozaków. Leżą idealnie, wyszczuplają i wydłużają nogi - serio, mam wrażenie, że mam w nich nogi do nieba. A do tego wcale nie są zamszowe, choć tak wyglądają, dzięki czemu być może lepiej zniosą konfrontację z jesienno-zimową wilgocią.
I taka rozentuzjazmowana zakupami solennie obiecuję, że do końca roku żadnych butów już nie kupię. Trzymajcie kciuki.